JÓZEF BIELICKI - huzar, ułan, strzelec i niedoszły absolwent Centrum Wyszkolenia Kawalerii

Historia jakich wiele, czy... jak żadna inna?

Wojenne losy bardzo wielu młodych Polaków urodzonych na przełomie XIX i XX w. były bardzo zbliżone. Wielu z tych, którzy osiągnęli wiek poborowy przed wybuchem I wojny światowej zostało powołanych do wojsk państw zaborczych, które okupowały wtedy tereny, na których zamieszkiwali. Otrzymywali zwyczajowe powołania i stawiali się w koszarach jednostek im wyznaczonych. Gdy wybuchła wojna szli na front i często potem, będąc w pułkach trzech różnych armii zaborczych, walczyli przeciwko sobie. Odnotowanych przykładów takich zdarzeń jest aż nadto. Wszystko zmieniło się z chwilą klęski mocarstw, które rozpętały tę wojnę i odradzania się polskiej państwowości oraz z początkiem formowania się oddziałów polskich. Wtedy to, ci którzy przeżyli tę wojnę lub zostali wypuszczeni z obozów jenieckich, do których dostali się w trakcie walk, ruszyli do odradzającego się wojska polskiego. Mieli za sobą przeróżne doświadczenia frontowe, które dziś mogłyby stać się osnową wielu frapujących scenariuszy filmowych, tych dokumentalnych i tych fabularnych. Jedną z takich postaci mógłby być carski huzar, potem ułan a następnie wachmistrz w 3. Pułku Wojskowej Straży Granicznej stacjonującym w Grudziądzu - Józef Bielicki.    

      

           Józef Bielicki ok. 1919 r.


Józef Bielicki urodził się w Warszawie 21 czerwca 1890 r. Był synem Stanisława i Konstancji z d. Chmurskiej. Jego ojciec pochodził jednak z Mokowa leżącego opodal Dobrzynia nad Wisłą. Ojciec w latach 80. XIX w. w poszukiwaniu lepszego życia przeniósł się do Warszawy i tam w 1886 r. w kościele św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu poślubił Konstancję Chmurską. Natomiast dziad Józefa - Leon Bielicki, zmarł w początkach stycznia 1864 r. a rodzinny przekaz głosi, że stało się to z powodu ran odniesionych przez niego wcześniej, w jednej z potyczek powstania styczniowego na ziemi dobrzyńskiej. Ponieważ Józefowi dość wcześnie zmarł ojciec a oprócz matki miał jeszcze młodsze rodzeństwo, w związku z tym zaraz po ukończeniu w 1905 r. szkoły powszechnej zmuszony był podjąć pracę. Najpierw był to skład win "Bobownik i Rakowiecki" a potem znana warszawska restauracja w prestiżowym hotelu "Bruhlowskim" na obrzeżach Ogrodu Saskiego i w sąsiedztwie Pałacu Saskiego, gdzie zatrudnił się u bliskiego znajomego rodziny - właściciela tejże restauracji. W 1911 r. został w normalnym trybie powołany do odbycia służby wojskowej.

Został wcielony do kawalerii, do carskiego 8. Łubieńskiego Pułku Huzarów stacjonującego w Kiszyniowie, w odległej Besarabii (obecnie Mołdawia). Był to nie byle jaki pułk ze 100-letnią już tradycją a dowodził nim wtedy członek carskiej rodziny panującej - Fiodor Nikołajewicz Romanow. Wkrótce trafił tam do szkoły podoficerskiej, którą ukończył w 1913 r. w stopniu kaprala. Z chwilą wybuchu I wojny światowej jego pułk został skierowany na front rosyjsko-niemiecki i nigdy już do Kiszyniowa nie powrócił. W czasie walk, w krótkim czasie awansowano Józefa do stopnia plutonowego a w uznaniu jego męstwa okazanego we frontowych bojach z Niemcami, odznaczono nawet krzyżem św. Jerzego IV kl, orderem przyznawanym za męstwo i odwagę okazane w bezpośredniej walce z nieprzyjacielem.




Order św. Jerzego


Wiosną 1915 r., jako bardzo obiecującego podoficera, jego dowódcy wyznaczyli go do dalszej nauki, do szkoły chorążych, którą miał rozpocząć w lipcu. Jednakże w końcu kwietnia tegoż roku dostał się wraz ze swoim pododdziałem do niewoli. Los sprawił, że jego pułk walczył wtedy w jego rodzinnych stronach, na pograniczu ziemi dobrzyńskiej i płockiej a do niewoli dostał się na ziemi płockiej, pod Staroźrebami. W niemieckim obozie jenieckim przebywał do połowy 1918 r. W początkach 1918 r. zmarła mu w Warszawie matka, której nie mógł nawet pożegnać, więc po zwolnieniu z obozu dotarł najpierw do rodziny do Mokowa. Jesienią, gdy Rada Regencyjna zaczęła wydawać decyzje o tworzeniu polskiego wojska, dotarł do twierdzy Modlin opuszczanej przez wojska pruskie. W pobliskim Pomiechówku został nawet komendantem straży obywatelskiej i prowadził rozbrajanie miejscowych pruskich posterunków. Gdy w twierdzy modlińskiej zaczęto formować pierwsze polskie jednostki wojskowe a okazało się, że są to tylko pułki piechoty, dotarł w początkach stycznia 1919 r. do Mławy i wstąpił ochotniczo do 4.Pułku Ułanów Zaniemeńskich, którego 2 szwadron tam się wtedy formował. Zatwierdzono go w stopniu plutonowego i skierowano do Ostrołęki, miejsca koncentracji całego pułku. Tam z powodu braku wystarczającej ilości koni, jego szwadron wtedy spieszono, uzbrojono w karabiny maszynowe i w charakterze szwadronu szturmowego tego pułku, wysłano na front bolszewicki. W trakcie walk wkrótce awansowano go do stopnia wachmistrza. Z braku odpowiedniej ilości oficerów w jego szwadronie, samodzielnie dowodził na froncie powierzonymi sobie plutonami. Uczestniczył w 1919 r. w zajęciu Ejszyszek, Możejek i Wilna, i tam w maju uzyskał awans na stopień wachmistrza sztabowego. Zdobywał centrum miasta, klasztor ss. wizytek a potem dworzec kolejowy, atakując od strony Ostrej Bramy. Za ten zwycięski szturm jego szwadron uzyskał wtedy ustną pochwałę od Józefa Piłsudskiego oraz pochwałę w rozkazie do całej grupy operacyjnej kawalerii. W sierpniu 1919 r. szwadron szturmowy 4.Pułku Ułanów rozformowano a Józefa odkomenderowano do 3.Pułku Wojskowej Straży Granicznej jako instruktora i szefa szwadronu szkolnego tego pułku, stacjonującego wtedy w Ciechanowie. Była to jednostka kawaleryjska i miał w niej szkolić żołnierzy powstających polskich jednostek granicznych. Zgodnie z tym przydziałem, przeszkolił tam kilka partii rekrutów (ok. 900 osób). Szkolenie młodego wojska nie było jednak tym, co z wielu powodów dawałoby mu satysfakcję, dlatego ustawicznie składał prośby o ponowne skierowanie na front. Prośby jego odrzucano z prostego powodu - braku w jednostce innego wachmistrza, który mógłby przejąć jego obowiązki i go zastąpić. Swoją frustrację z tego powodu potrafił okazywać w iście kawaleryjski  sposób. Zachowały się bowiem zapisy z księgi kar jego szwadronu, której jeden z takich zapisów donosi o karze aresztu dla wachmistrza Józefa Bielickiego za to, że będąc w stanie wskazującym na spożycie (wiadomo czego), w jedną z niedziel wziął bez pozwolenia konia ze stajni pułku i przegalopował nim kilkakrotnie przez centrum miasta -  a gdy ochłonął, sam do koszar powrócił. Dowódca pułku, z wyrozumiałością i po ojcowsku potraktował wtedy tą jego ułańską fantazję i "nagrodził" go za nią trzema dniami aresztu średniego. Jedyny wachmistrz w szwadronie był mu bowiem bardzo potrzebny.

Sztab jego jednostki i szwadron szkolny ulegały kilku dyslokacjom (Ciechanów, Przasnysz, Włocławek) aby końcu znaleźć się w Grudziądzu. Tutaj, po reorganizacji służb granicznych, został w maju 1920 r. przydzielony do Komendy Miasta z zadaniem pełnienia obowiązków oficera sztabowego przy Komendzie Miasta Grudziądz. Obowiązki wypełniał wzorowo i w krótkim czasie awansowano go do stopnia chorążego oraz skierowano na kurs dokształcający, przygotowujący do cenzusu oficerskiego. Po reorganizacji służb granicznych, w maju 1921 r. odkomenderowano go do Komendy Wojewódzkiej Zachodniej Straży Obywatelskiej w tymże Grudziądzu, gdzie także pełnił obowiązki adiutanta tej Komendy. Otrzymał z niej nawet okazały dyplom za wzorowe wypełnianie  obowiązków.




Dyplom  Józefa Bielickiego


W październiku 1921 r. otrzymał stamtąd skierowanie na kurs do Centralnej Szkoły Podchorążych Kawalerii. W trakcie szkolenia poważnie jednak zachorował i z tego powodu nie mógł przez ok.2 miesiące uczestniczyć w nauce i ćwiczeniach. Ponieważ program szkolenia był bardzo napięty i nie było już możliwości nadrobienia takich zaległości, zaproponowano mu ponowne rozpoczęcie kursu w kolejnym 1922 roku, w październiku. Był dopiero luty 1922 r. i wtedy to, po długich przemyśleniach, postanowił zrezygnować z dalszej kariery wojskowej i powrócić do Warszawy. W końcu lutego wystąpił z wojska i wrócił do stolicy. Początkowo został tutaj pracownikiem firmy "Przemysł i Eksport SA" a następnie podjął pracę w przedstawicielstwie handlowym niezbyt jeszcze wtedy znanej firmy produkującej żarówki - Tungsram, obecnie światowej marki należącej do olbrzymiego koncernu oświetleniowego General Electric. Jej warszawska siedziba mieściła się wtedy przy ul. Nowowiejskiej 13, w przejętej przez Tungsram polskiej Fabryce Lamp Elektronowych - Cyrkon. Tugsram produkowała tam najpierw żarówki a potem także lampy do pierwszych radioodbiorników.  Gdy w Polsce zaczęła rozwijać się radiofonia, Józef zainteresował się nią i w tym kierunku postanowił pokierować swoją karierą. Początkowo zatrudnił się w polsko-holenderskiej firmie "Polsko-Holenderska Fabryka Lampek Elektrycznych", która była spółką koncernu Philipsa z warszawską grupą kapitałową "Bracia Borkowscy", która to spółka była w tamtym czasie czołowym importerem radioodbiorników do Polski. Potem jednak przeniósł się do Polskiego Towarzystwa Radjotechnicznego -PTR, które wtedy było już spółką koncernu Marconi`s Wireless Telegraph Company LTD z Londynu oraz Societe Francaise RadioElectrique- SFR i Compagnie Generale de TSF, z Paryża. PTR było wtedy czołowym wytwórcą radioodbiorników w Polsce. Wytwórnia i biura przedstawicielskie mieściły się na Mokotowie przy ul. Narbutta a on sam mieszkał po sąsiedzku w jednym z nowoczesnych budynków mieszkalnych wybudowanych opodal, przy al. Niepodległości. Powodziło mu się bardzo dobrze ponieważ jego klientami byli najbogatsi ówcześni warszawiacy. Radiofonia była wtedy bowiem rozrywką elitarną, dla zamożnych odbiorców. W związku z pracą dla angielsko-francuskiej spółki musiał nauczyć się j. francuskiego, co ujawniał w swojej okresowo uzupełnianej dokumentacji z obowiązkowych, okresowych szkoleń wojskowych. Z czasem wszystkie udziały w spółce przejęły Polskie Zakłady Marconi i Józef Bielicki do końca lat 30. dla nich właśnie pracował.                                            

W 1926 r. chorąży Józef Bielicki został mianowany ppor. rezerwy a w 1929 r. porucznikiem i swe niezbędne okresowe szkolenia w latach 20. i .30 XX w. odbywał najpierw w 7.Pułku Ułanów w Mińsku Mazowieckim a potem w 5.Pułku Ułanów Zasławskich w Ostrołęce.

Ten biogram posłużyć może także jako wspomnienie(a może nawet swego rodzaju hołd)dla wszystkich tych kawalerzystów z tamtego czasu, którzy w tych pierwszych latach funkcjonowania grudziądzkiej Szkoły, z różnych powodów nie zdołali jej ukończyć a mieli za sobą złożoną i chwalebną przeszłość z czasów odzyskiwania naszej niepodległości


Janusz Bielicki

Źródła: archiwalia rodzinne; CAW I.481 B.6551; Historia 3.Pułku Straży Granicznej, rkp. Archiwum Straży Granicznej w Szczecinie; S. Bayer, Zarys historii wojennej 4. Pułku Ułanów, WBH Warszawa 1929 r.;

Autor: Karola Skowrońska